Zbliżał się koniec sezonu zimowego i nurkowań podlodowych. Byliśmy opływani i oswojeni ze stropem. Przez ostatnie 3 miesiące zrobiliśmy po 30-40 nurkowań podlodowych. W tym czasie wielokrotnie gubiliśmy się pod lodem, poręczowaliśmy, wycinaliśmy się z poręczówki, ratowaliśmy siebie lub partnera i tak, aż do znudzenia. Praktycznie całą zimę nurkowaliśmy w tym samym przeręblu przy naszym placu zabaw składającym się z głównej poręczówki o długości 480m i trzech jumpów na 140 metrze prowadzących do zabawek jak skrzynia czy stara łódka wędkarska. Chociaż przyszła wiosna, można było odnieść wrażenie że zapomniała o tej okolicy. Gdy wszyscy cieszyli się pierwszym słońcem, przy naszej bazie w Błaskowiźnie nadal były zaspy, lód miał prawie 20cm i leżało na nim drugie tyle śniegu. Ponieważ na niedzielne nurkowanie zapowiadało się jedynie 5 osób i to doświadczonych pomyślałem o zrobieniu czegoś ciekawego i zaproponowałem dłuższą wycieczkę. Plan zakładał odpłynięcie od przerębla na 1000m. Niby nic wielkiego bo na odległość 500-600m od przerębla pływaliśmy co tydzień. Zwiększenie tego dystansu wymagało jednak zabrania dodatkowych butli co wiązało się ze zwiększonym oporem podczas płynięcia. Ponieważ nie dysponujemy skuterami kolejny problem to czas nurkowania i zimno. Wycieczka na 500m od otworu czyli przepłyniecie 1000m przy poręczówce zajmowało nam około 50 minut, teraz mieliśmy przepłynąć 2000m rozwijając poręczówkę od 480m i zbierając ja w drodze powrotnej co z pewnością dodatkowo wydłuży czas. Trzeba było liczyć się też ze zmęczeniem, zakładaliśmy że pod koniec nurkowania planowanego na ok 2h będziemy zmęczeni i zmarznięci, więc wolniejsi i zużywający więcej gazu. Planowanie poszło sprawnie, wszyscy mieli zbliżone podejście do zapasu gazów i procedur. Spotkaliśmy sie jak zawsze o 7:00 w Ełku by po spakowaniu zabawek ruszyć w drogę na Hańczę zajmującą około 70 minut. Czas ten poświeciliśmy omówieniu nurkowania. Błaskowizna przywitała nas zaspami i już po chwili trzeba było pchać busa który utknął w śniegu tuż przed bazą. Ponieważ szkoda było sił na walkę z zakopanym autem ostanie metry sprzęt przenieśliśmy, a zabawę z samochodem zostawiliśmy na deser. Klarowanie sprzętu przebiegało spokojnie w komfortowych warunkach, a plamy wody na podłodze pozwalały przypuszczać, że nawet w dodatniej temperaturze co po takiej zimie wydawało się zbędnym luksusem. Dochodziła godzina 10:00 kończymy zakładanie sprzętu, cała piątka wesoła i pełna energii szykuje się do walki z pierwszą przeszkodą w postaci śniegu. Do przerębla mamy około 200m jednak brnąc po kolana w śniegu z twinem na plecach taka wycieczka odbiera ochoty na cokolwiek. Zdyszani siadamy na krawędzi przerębla i przypinamy wcześniej przyniesione stage. Słońce nieśmiało próbuje wychylić sie zza chmur, dając nadzieję na fajną widoczność. Na twarzy czuć pierwsze promienie wiosennego słońca i przyjemne ciepło o którym za kilkadziesiąt minut będziemy marzyć. Wskakujemy do wody i po chwili wszyscy jesteśmy ma 6m w miejscu gdzie zaczyna sie poręczówka. Pierwszy zespół to ja z Damianem, następnie Miodzio wraz z Markiem i Jarkiem Dyrektorem. Wymiana znaków i ruszamy. Pierwsze dwadzieścia minut przebiegało wręcz nudno. Płynęliśmy znaną trasą używając butli bocznych czekając na coś nowego, gdy los zadbał byśmy przestali się nudzić. Zaczęło się od zamarznięcia automatu w stage Damiana co zmusiło go do gałkowania( ciąglego zamykania i iotwierania zaworu butli w celu ograniczenia strat gazu przez swobody wypływ.). Chwila namysłu, płyniemy dalej. Ponieważ mam najmniejsze zużycie gazu w grupie zamieniam się z Damianem na stage i sam zaczynam zabawę z zaworem. Po chwili jednak mam kolejne urozmaicenie. Huk i wyciek gazu z węża HP, zamarznięty automat nie dal za wygraną i nadal próbował zepsuć nam nurkowanie. Tym razem zerwał się z gwintu manometr i przez wąż HP traciłem gaz. Tak naprawdę nikogo ten fakt nie zaskoczył, bo jak miał paść manometr to tylko mi. Takie moje szczęście, że udało mi się starcić już 3 szt. Przepłynęliśmy 500m i straciliśmy 1 butlę. Oczywiście tylko chwilowo, bo aby dobrać się do zapasu gazu trzeba było liczyć się zamianą automatów i narażeniu ich na zalanie więc buta ta została jako rezerwa. Płyniemy dalej. Wcześniejsze wyliczenia wskazywały, że każdemu z nas spokojnie wystarczy gazu w butlach głównych a dodatkowa s080 ma tylko powiększać rezerwę. Rozpoczynając nurkowanie od butli bocznych zakładaliśmy, że starczą na pokonanie całej trasy, a twin będzie stanowił gaz powrotny i zapas. Teraz przyszedł czas na zmianę planu, co podobno świadczy o ciągłości dowodzenia :). Bawiąc się w przeliczanie różnych wariantów poręczowałem starając się zachować szybkie tempo by nie opóźniać grupy. Następnie zabawę kołowrotkiem miał Damian 120m, Marek 80m i Dyrektor 120m, Ostatni odcinek znów moja kolej. Całą trasę płynęliśmy na średniej głębokości ok 8m przegłębiając się chwilami w ciekawszych miejscach do 15m by pooglądać glazowiska. Będąc około 950m od przerębla trafiamy na szkielet krowy. Widok białej czaszki z porożem i kupy kości na piasku dotychczas kojarzył się mi raczej z filmami o dzikim zachodzie ,a nie nurkowaniem podlodowym. Teraz każdy ze zaciekawieniem oglądał porozrzucane gnaty jak podwodną atrakcję która urozmaica piaszczyste dno. Na chwilę przed rozwinięciem linki z ostatniego kołowrotka Miodzio pokazuje problem z rękawicą. Pomyślałem o prawnie Murphiego, które jak uczy życie zawsze się sprawdza jak planujemy coś ciekawego. Mając zalaną rękawicę Darek dopłynął do końca poręczówki na 1040m i zasygnalizował, że wraca sam szybszym tempem. Reszta grupy wymieniła tylko uśmiechy i po chwili ruszyliśmy w drogę powrotną. Każdy miał do zwinięcia linkę którą wcześniej rozłożył. Tak więc zacząłem ja następnie Jarek i Marek, któremu szło to tak dobrze, że partner nie mógł dotrzymać mu tępa i musiał zwalniać. Pod koniec wycieczki każdemu dokuczało zmęczenie i wypatrywał z utęsknieniem dobrze znanych punktów. Gdy dopłyneliśmy do stałej poręczówki wszyscy poczuli ulgę, że zostało nam jeszcze 20 minut wysiłku. Minęło 95 minut pod lodem i nikt nie odczuwał zimna którego wcześniej tak się obawialiśmy. Wszystko szło zgodnie z planem, ale tępo w jakim płynęliśmy dawało już o sobie znać i każdy zamiast cieszyć się z nurkowania czekał jego końca. Płynąc ostatnie metry pod lodem, chyba każdy się bardziej cieszył z końca wycieczki niż udanego nurka. Wychodzimy na powierzchnię i całą piątką leżymy kilka minut odpoczywając i zbierając siły przed spacerkiem po śniegu. Nurkowanie trwało 114 minut z maksymalna głębokością 15m i kosztowało nas sporo energii.